Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013


Album of the 2012


Za nami ponad połowa stycznia, więc warto w końcu ostatecznie podsumować to, co w muzyce w roku 2012 było najpiękniejsze. W zeszłym roku układając listę moich ulubionych płyt 2011, napisałem iż pewnie w przeciągu najbliższych 12 miesięcy pozmieniałbym co nieco w tym rankingu. Nie myliłem się, na dzień dzisiejszy lekko bym go zmodyfikował dodając kilka nowych pozycji, jednak na tym polega urok tychże podsumowań, że odczucia z czasem się zmieniają. Myślę że podobnie mogę napisać i o poniższym zestawieniu, za rok tworząc je od nowa, pewnie bym je w jakimś stopniu zmienił, choć mam wrażenie że w mniejszym niż ten z 2011. Żyjmy jednak chwilą i skupmy się na tym co jest teraz, poniżej przedstawiam moją listę ulubionych albumów 2012 roku.
Zanim jednak do tego przejdziemy, chodzi mi po głowie krótkie porównanie tych dwóch ostatnich lat. W ubiegłym roku światło dzienne ujrzało wiele ciekawych albumów, ale moim zdaniem, tylko kilka dorównuje poziomem tym z roku wcześniejszego. Zacznijmy od śpiewających pań. W 2011 prym na świecie wiodła PJ Harvey, mnie ponadto zachwyciła Feist, a i Lykke Li ciekawie zaprezentowała się swoją drugą płytą. Niestety, próżno szukać godnych porównania wydawnictw w roku 2012. Fajne płyty nagrały co prawda Sharon Van Etten, Anais Mitchell, oraz ukrywająca się pod dziwacznym pseudonimem, Jonna Lee (iamamiwhoami), jednak daleko im do wcześniej wymienionych.
Podobnie było w przypadku folkowych bardów, rok temu z radością wsłuchiwałem się w Bon Ivera czy Flet Foxes, teraz jedynie Andrew Bird dawał radę. Odrodził się za to hip-hop oraz RnB za sprawą odpowiednio Kendrick’a Lamar’a i Frank’a Ocean’a. Obaj nagrali świetne płyty, obaj są młodzi i obaj zapewne będą królować w swoich dziedzinach przez lata.
Wszystkich w około zawiedli Animal Collective i ich Centipede Hz. Ja, przyznam się bez bicia, dopiero za sprawą właśnie tego krążka zbliżyłem się do twórczości AC, wcześniejsze płyty dziwnym złożeniem losu omijałem, dlatego też nie mogę podpisać się pod słowami krytyków, i dla mnie ten krążek jest bardzo ciekawy. Jednak w kategorii dziwnego grania, w której „Zwierzęta” się specjalizowały, w zeszłym roku dostaliśmy arcydzieło od Gang Gang Dance (tak, to właśnie jedna z tych płyt, które pominąłem zeszłym roku w rankingu), a w tym tylko poprawne wydawnictwo Animal Collective.
Może trochę marudzę, może i przesadzam, nie ukrywam, mam wysokie wymagania, którym muzyczny rok 2012 sprostał tylko w niewielkim stopniu. Żeby jednak nie było tak do końca ponuro, kilka zdarzeń na pewno wartych jest odnotowania i podkreślenia. Jednym z nich jest na pewno zespół KAMP!, który w końcu wydał swój pełnoprawny, długogrający debiut. Pojawiło się też sporo innych nowych ciekawych artystów, jak na przykład DIIV, Mac DeMarco, Melody’s Echo Chamber, Brothertiger czy wspomniani wcześniej Kendrick Lamar i Frank Ocean.
Z wszystkich wydanych płyt w 2012 roku, które miałem okazję przesłuchać (a było ich niespełna 40) udało mi się wybrać 10 moim zdaniem najfajniejszych i najciekawszych, zatem zapraszam:

 



Wyczekiwany przez wielu w naszym kraju debiut w doczekał się premiery pod koniec tego roku. Jedni (niewielu) kręcą nosem, inni (większość, do której ewidentnie się zaliczam) są zachwyceni, mieszanka chillwave’u i elektro-dance-pop’u w ich wykonaniu sprawdziła się wyśmienicie, a na koncertach chłopaki są jeszcze lepsi! Jestem więcej niż ciekaw jak potoczy się ich dalsza kariera. W tym roku już po raz drugi wystąpią na festiwalu SXSW, a tam byle kto wstępu nie ma.



Oshin to świetne shoegazowe dzieło, czerpiące garściami z korzeni gatunku. Dla jednych może wydawać się monotonne, jednak przy dłuższym obcowaniu z płytą dostrzega się smaczki nie dostępne przy pierwszym odsłuchaniu. W podsumowaniu moich ulubionych utworów 2012, przy okazji Doused napisałem, że można poczuć się jak w pędzącym pociągu oglądając przewijające się widoki za oknem. To stwierdzenie mogę odnieść i do całej płyty, 40 minut (ze średnią 3 minuty na piosenkę) mija niezwykle szybko, dostarczając intensywnych wrażeń.


Niezwykle urocza Claire Boucher zaskoczyła chyba wszystkich. Promowany przez dwa świetne single Genesis i Oblivion, album praktycznie z miejsca został doceniony przez portale muzyczne, stawiając Claire wśród najbarwniejszych i najciekawszych postaci 2012 roku. Pełne przebojowych, momentami pięknych, momentami dziwnych utworów Visions, nie pozostawia obojętnym. Różnorodne elektroniczne smaczki, połączone z nadzwyczajnym głosem Kanadyjki tworzą coś nowego, coś intrygującego, a do tego widać że Claire świetnie się przy tym bawi, co również wpływa na odbiór krążka.



Georgie Lewis Jr. po raz drugi raczy nas płytą romansującą z latami osiemdziesiątymi. Robi to po raz drugi świetnie. Tym razem album pełen jest kapitalnych, krótkich, przebojowych utworów z mnogością powtarzających się chwytliwych refrenów. Płytę można słuchać w kółko, a kiedy już się odejdzie od niej, dalej w głowie siedzi refren Five Seconds, Patient czy Golden Light. Krótko mówiąc, jest to jedna wielka przyjemność!



Zespół Johnn’ego Jewel’a nagrał w tym roku utwór który słuchałem najchętniej i najczęściej, a także płytę, która dała mi najwięcej przyjemności! Śmiało można powiedzieć, iż jest to opus magnum Chromatics. Niezwykła mroczna atmosfera, kolejnych utworów, przeplata się z klimatem italo-disco, wszystko utrzymane w stylistyce lat 80tych. Genialnie się tego słucha, a niewyobrażalna w dzisiejszych czasach długość albumu (90 minut), ani przez moment nie wywołuje oznak znużenia. Jest to jedna z niewielu perełek ubiegłego roku, która z miejsca wskoczyła do kanonu moich ulubionych płyt ever!



Albumy, które niestety się nie zmieściły w dziesiątce, a brałem je pod uwagę i na pewno zasługują na wyróżnienie to Nootropics zespołu Lower Dans, Shields od Grizzly Bear, Passion Pit – Gossamer i Put Your Back N 2 It autorstwa Perfume Genius.



Oczekiwania w 2013:
  1. The Knife
  2. My Bloody Valentine
  3. IAMX
  4. Placebo

sobota, 29 grudnia 2012

  
 Song of the 2012

Po wielu dniach spędzonych wyłącznie na słuchaniu muzyki z 2012 roku, udało mi się wykrystalizować dwudziestkę tych piosenek, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły, i które dały mi najwięcej przyjemności. Poniżej możecie zobaczyć efekty mojej pracy. Podsumowanie dotyczące albumu roku pojawi się dopiero w styczniu, zostało jeszcze kilka płyt które chcę przesłuchać, a i zwyczajnie bym się nie wyrobił do sylwestra. Teraz jednak zapraszam do zapoznania się z 20 moich ulubionych kawałków z 2012 roku:

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---



Mac DeMarco, chłopak wyglądający na super wyluzowanego gościa, o leniwej manierze śpiewania, nagrał w tym roku niezwykle sympatyczny album. Często zapętlam go sobie gdy mam coś do zrobienia przy laptopie, czas szybciej mija, i sam staję się bardziej wychillowany. Mało która płyta, działa ostatnio na mnie tak kojąco. Z tego zbioru piosenek, najbliżej memu sercu znalazł się utwór My Kind of Woman. Z jednej strony prosty jak pozostała dziesiątka, z drugiej zaś bardzo dojrzały i przemyślany.
Podejście Maca do tego co robi jest zadziwiające, pokazuje się jako wiecznie uśmiechnięty gość mający wszystko w dupie, który po prostu lubi grać i śpiewać. Nic jednak nie jest takie proste, więc albo młody Kanadyjczyk włożył w to sporo wysiłku, albo ma taki talent do tworzenia świetnych utworów. Tego nie wiem, wiem za to, że ta konkretna piosenka, cholernie mu wyszła, i wiem też, że jeśli tego nie spier… to stanie się kimś ważnym na scenie alternatywnej, czego mu jak najbardziej życzę!

posłuchaj <---



Eightiesowskich romansów Georgea Lewisa Juniora ciąg dalszy. Five Seconds to jedna z najbardziej chwytliwych piosenek, jakie w tym roku słyszałem. Wpada w ucho od pierwszego przesłuchania, a z czasem jeszcze bardziej wkręca się w czaszkę, do tego stopnia, że potrafiłem chodzić po mieszkaniu przez ponad tydzień nucąc refren, czym irytowałem niemiłosiernie moich współlokatorów.

posłuchaj <---



W tym roku można zauważyć, że cenię sobie minimalizm i prostotę. Nie inaczej jest w tym przypadku. Doused bazując na prostej i wyrazistej linii basu, od razu narzuca szybkie tempo i nie zwalnia do samego końca, nie tracąc przy tym na melodyjności. Kawałek jest typowym przedstawicielem shoegaze’u i to w klasycznym wydaniu, próżno szukać tu przesadzonych eksperymentów elektronicznych, jedynie gitary, bębny, mamroczący wokal i wzrok wgapiony w buty. Mimo pewnej monotonii, nie ma tutaj miejsca na nudę, warto nawet zamknąć oczy, a bombardowani pędzącym dźwiękiem doświadczymy pokazu następujących po sobie z ogromnym tempem obrazów, niczym widok z okna pędzącego pociągu. Bardzo intrygujący, mroczny utwór, ze świetnym flow.

posłuchaj <---



Rozbudowana do granic kompozycja, dla mnie wręcz genialne dance-popowe dzieło, podlane lekkim wariactwem i nonsensem. Hot Chip potrafią tworzyć utwory chwytliwe, pozytywne i zakręcone, ale dopiero utworami takimi jak ten, trochę mroczniejszymi, pełnymi elektro-popowych smaczków, pokazują swoją prawdziwą moc i udowadniają, że potrafią tworzyć ambitną muzykę popularną na wysokim poziomie.

posłuchaj <---




Zdecydowany mój numer jeden tego roku. Lady jest dla mnie kawałkiem tak wciągającym, że potrafię go zapętlić na ładnych kilkanaście minut, co z innymi utworami często mi się nie zdarza. Pamiętam szczególnie jedną sytuację związaną z tym utworem. W kwietniu po koncercie Brothertigera w Krakowie, udaliśmy się ze znajomymi do mieszkania koleżanki by kontynuować oblewanie koncertu (a muszę podkreślić, iż jego oblewanie zaczęło się sporo przed koncertem, a po jego zakończeniu udało nam się nawet namówić gwiazdę wieczoru by wypił z nami przy barze kilka kielichów). Było już chyba nad ranem, ja leżąc spokojnie na podłodze, ostatkiem sił odwracając się w stronę kumpla gdy z jego ust padło pytanie co teraz puścić, powiedziałem bez namysłu „Piotrek! Lady!” i mogłem spokojnie kontemplować przez kolejne 5 minut.
Utwór mimo wszystko jest bardzo prosty, zaczyna się gęstym szybkim bitem, po chwili dochodzą dźwięki rodem z Italo Disco, następnie delikatny wokal Ruth, wyśpiewujący prosty tekst, „If I could only call you my lady, Baby I could be your man”. Całość utrzymana w mrocznej atmosferze nocnych ulic z lat 80. Niby niewiele, a jednak to wszystko razem daje piorunujący efekt. Mimo iż przesłuchałem ten utwór dziesiątki, jeśli nie setki razy, ciągle mogę poczuć te pozytywne dreszcze na plecach gdy wybrzmiewają pierwsze dźwięki utworu.

posłuchaj <---