Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 grudnia 2013




Święta, dużo wolnego to i znalazł się czas na trochę „sztuki” oraz powrót na bloga (mam nadzieję, że nie będzie to wyskok jednorazowy, choć muszę przyznać że styczeń zapowiada na very busy…)

Wesołych świąt wszystkim!

Miałem zamiar wrzucić tutaj całą moją świąteczną playlistę, ale po namyśle stwierdziłem, że nie ma to sensu. Wystarczy ten jeden utwór Sufjana Stevensa, który ripituję cały dzień, dochodząc do wniosku, że jest to jedna z najwspanialszych pieśni świątecznych jakie w ostatnich latach słyszałem. Enjoy!


środa, 6 lutego 2013

The Knife - Full of Fire



The Knife nareszcie dali o sobie znać! A zrobili to w taki sposób, że te już prawie 7 lat od ostatniego długograja, były warte poświęcenia. Katuję to dziewięciominutowe arcydzieło (tak!) od kiedy się tylko ukazało, nie czując mimo jego długości ani odrobiny znużenia. Zespół rozwijał się do tej pory z płyty na płytę, myślałem że szczyt osiągnęli przy okazji Silen Shut, a tu się okazuje że zapowiedziany na kwiecień Shaking The Habitual może być jeszcze lepszy. To na razie tylko przypuszczenia na podstawie jednego kawałka, mogą być mylne, ja jednak myślę iż poziom energii, zawarty w Full of Fire, zdolny do brain fuckingu, jest dopiero preludium do tego co nas czeka na nowej płycie szwedzkiego rodzeństwa.
Poziom szaleństwa i dziwności atakujący w szaleńczym tempie słuchacza, jest bardzo wysoki, by nie powiedzieć szaleńczy (żeby nie było, wielokrotne użycie odmian słowa szaleństwo nie jest tu przypadkowe). Na myśl przychodzi mi porównanie do We Share Our Mother’s Health, jednak żeby porównanie miało sens należy owe szaleństwo i dziwactwo, w kawałku WSOMH pomnożyć dziesięciokrotnie.
Utwór wręcz zapiera dech w piersiach, zachwyca i zarazem niepokoi. Przyznam, po tylu latach przerwy nawet nie czekałem na coś nowego od The Knife, ale kiedy już zastanawiałem się nad ich przyszłością nie mogłem wyobrazić sobie do końca, w którym kierunku mogą podążyć. Jedyne czego byłem pewny, to że nie będzie to powrót do przebojowego Deep Cuts, ale nie spodziewałem się też iż w swoich wariacjach muzycznych posuną się tak daleko. Jestem więcej niż zauroczony, a Full of Fire staje się pierwszym kandydatem do kawałka roku 2013!

niedziela, 27 stycznia 2013


Album of the 2012


Za nami ponad połowa stycznia, więc warto w końcu ostatecznie podsumować to, co w muzyce w roku 2012 było najpiękniejsze. W zeszłym roku układając listę moich ulubionych płyt 2011, napisałem iż pewnie w przeciągu najbliższych 12 miesięcy pozmieniałbym co nieco w tym rankingu. Nie myliłem się, na dzień dzisiejszy lekko bym go zmodyfikował dodając kilka nowych pozycji, jednak na tym polega urok tychże podsumowań, że odczucia z czasem się zmieniają. Myślę że podobnie mogę napisać i o poniższym zestawieniu, za rok tworząc je od nowa, pewnie bym je w jakimś stopniu zmienił, choć mam wrażenie że w mniejszym niż ten z 2011. Żyjmy jednak chwilą i skupmy się na tym co jest teraz, poniżej przedstawiam moją listę ulubionych albumów 2012 roku.
Zanim jednak do tego przejdziemy, chodzi mi po głowie krótkie porównanie tych dwóch ostatnich lat. W ubiegłym roku światło dzienne ujrzało wiele ciekawych albumów, ale moim zdaniem, tylko kilka dorównuje poziomem tym z roku wcześniejszego. Zacznijmy od śpiewających pań. W 2011 prym na świecie wiodła PJ Harvey, mnie ponadto zachwyciła Feist, a i Lykke Li ciekawie zaprezentowała się swoją drugą płytą. Niestety, próżno szukać godnych porównania wydawnictw w roku 2012. Fajne płyty nagrały co prawda Sharon Van Etten, Anais Mitchell, oraz ukrywająca się pod dziwacznym pseudonimem, Jonna Lee (iamamiwhoami), jednak daleko im do wcześniej wymienionych.
Podobnie było w przypadku folkowych bardów, rok temu z radością wsłuchiwałem się w Bon Ivera czy Flet Foxes, teraz jedynie Andrew Bird dawał radę. Odrodził się za to hip-hop oraz RnB za sprawą odpowiednio Kendrick’a Lamar’a i Frank’a Ocean’a. Obaj nagrali świetne płyty, obaj są młodzi i obaj zapewne będą królować w swoich dziedzinach przez lata.
Wszystkich w około zawiedli Animal Collective i ich Centipede Hz. Ja, przyznam się bez bicia, dopiero za sprawą właśnie tego krążka zbliżyłem się do twórczości AC, wcześniejsze płyty dziwnym złożeniem losu omijałem, dlatego też nie mogę podpisać się pod słowami krytyków, i dla mnie ten krążek jest bardzo ciekawy. Jednak w kategorii dziwnego grania, w której „Zwierzęta” się specjalizowały, w zeszłym roku dostaliśmy arcydzieło od Gang Gang Dance (tak, to właśnie jedna z tych płyt, które pominąłem zeszłym roku w rankingu), a w tym tylko poprawne wydawnictwo Animal Collective.
Może trochę marudzę, może i przesadzam, nie ukrywam, mam wysokie wymagania, którym muzyczny rok 2012 sprostał tylko w niewielkim stopniu. Żeby jednak nie było tak do końca ponuro, kilka zdarzeń na pewno wartych jest odnotowania i podkreślenia. Jednym z nich jest na pewno zespół KAMP!, który w końcu wydał swój pełnoprawny, długogrający debiut. Pojawiło się też sporo innych nowych ciekawych artystów, jak na przykład DIIV, Mac DeMarco, Melody’s Echo Chamber, Brothertiger czy wspomniani wcześniej Kendrick Lamar i Frank Ocean.
Z wszystkich wydanych płyt w 2012 roku, które miałem okazję przesłuchać (a było ich niespełna 40) udało mi się wybrać 10 moim zdaniem najfajniejszych i najciekawszych, zatem zapraszam:

 



Wyczekiwany przez wielu w naszym kraju debiut w doczekał się premiery pod koniec tego roku. Jedni (niewielu) kręcą nosem, inni (większość, do której ewidentnie się zaliczam) są zachwyceni, mieszanka chillwave’u i elektro-dance-pop’u w ich wykonaniu sprawdziła się wyśmienicie, a na koncertach chłopaki są jeszcze lepsi! Jestem więcej niż ciekaw jak potoczy się ich dalsza kariera. W tym roku już po raz drugi wystąpią na festiwalu SXSW, a tam byle kto wstępu nie ma.



Oshin to świetne shoegazowe dzieło, czerpiące garściami z korzeni gatunku. Dla jednych może wydawać się monotonne, jednak przy dłuższym obcowaniu z płytą dostrzega się smaczki nie dostępne przy pierwszym odsłuchaniu. W podsumowaniu moich ulubionych utworów 2012, przy okazji Doused napisałem, że można poczuć się jak w pędzącym pociągu oglądając przewijające się widoki za oknem. To stwierdzenie mogę odnieść i do całej płyty, 40 minut (ze średnią 3 minuty na piosenkę) mija niezwykle szybko, dostarczając intensywnych wrażeń.


Niezwykle urocza Claire Boucher zaskoczyła chyba wszystkich. Promowany przez dwa świetne single Genesis i Oblivion, album praktycznie z miejsca został doceniony przez portale muzyczne, stawiając Claire wśród najbarwniejszych i najciekawszych postaci 2012 roku. Pełne przebojowych, momentami pięknych, momentami dziwnych utworów Visions, nie pozostawia obojętnym. Różnorodne elektroniczne smaczki, połączone z nadzwyczajnym głosem Kanadyjki tworzą coś nowego, coś intrygującego, a do tego widać że Claire świetnie się przy tym bawi, co również wpływa na odbiór krążka.



Georgie Lewis Jr. po raz drugi raczy nas płytą romansującą z latami osiemdziesiątymi. Robi to po raz drugi świetnie. Tym razem album pełen jest kapitalnych, krótkich, przebojowych utworów z mnogością powtarzających się chwytliwych refrenów. Płytę można słuchać w kółko, a kiedy już się odejdzie od niej, dalej w głowie siedzi refren Five Seconds, Patient czy Golden Light. Krótko mówiąc, jest to jedna wielka przyjemność!



Zespół Johnn’ego Jewel’a nagrał w tym roku utwór który słuchałem najchętniej i najczęściej, a także płytę, która dała mi najwięcej przyjemności! Śmiało można powiedzieć, iż jest to opus magnum Chromatics. Niezwykła mroczna atmosfera, kolejnych utworów, przeplata się z klimatem italo-disco, wszystko utrzymane w stylistyce lat 80tych. Genialnie się tego słucha, a niewyobrażalna w dzisiejszych czasach długość albumu (90 minut), ani przez moment nie wywołuje oznak znużenia. Jest to jedna z niewielu perełek ubiegłego roku, która z miejsca wskoczyła do kanonu moich ulubionych płyt ever!



Albumy, które niestety się nie zmieściły w dziesiątce, a brałem je pod uwagę i na pewno zasługują na wyróżnienie to Nootropics zespołu Lower Dans, Shields od Grizzly Bear, Passion Pit – Gossamer i Put Your Back N 2 It autorstwa Perfume Genius.



Oczekiwania w 2013:
  1. The Knife
  2. My Bloody Valentine
  3. IAMX
  4. Placebo

sobota, 29 grudnia 2012

  
 Song of the 2012

Po wielu dniach spędzonych wyłącznie na słuchaniu muzyki z 2012 roku, udało mi się wykrystalizować dwudziestkę tych piosenek, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły, i które dały mi najwięcej przyjemności. Poniżej możecie zobaczyć efekty mojej pracy. Podsumowanie dotyczące albumu roku pojawi się dopiero w styczniu, zostało jeszcze kilka płyt które chcę przesłuchać, a i zwyczajnie bym się nie wyrobił do sylwestra. Teraz jednak zapraszam do zapoznania się z 20 moich ulubionych kawałków z 2012 roku:

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---

posłuchaj <---



Mac DeMarco, chłopak wyglądający na super wyluzowanego gościa, o leniwej manierze śpiewania, nagrał w tym roku niezwykle sympatyczny album. Często zapętlam go sobie gdy mam coś do zrobienia przy laptopie, czas szybciej mija, i sam staję się bardziej wychillowany. Mało która płyta, działa ostatnio na mnie tak kojąco. Z tego zbioru piosenek, najbliżej memu sercu znalazł się utwór My Kind of Woman. Z jednej strony prosty jak pozostała dziesiątka, z drugiej zaś bardzo dojrzały i przemyślany.
Podejście Maca do tego co robi jest zadziwiające, pokazuje się jako wiecznie uśmiechnięty gość mający wszystko w dupie, który po prostu lubi grać i śpiewać. Nic jednak nie jest takie proste, więc albo młody Kanadyjczyk włożył w to sporo wysiłku, albo ma taki talent do tworzenia świetnych utworów. Tego nie wiem, wiem za to, że ta konkretna piosenka, cholernie mu wyszła, i wiem też, że jeśli tego nie spier… to stanie się kimś ważnym na scenie alternatywnej, czego mu jak najbardziej życzę!

posłuchaj <---



Eightiesowskich romansów Georgea Lewisa Juniora ciąg dalszy. Five Seconds to jedna z najbardziej chwytliwych piosenek, jakie w tym roku słyszałem. Wpada w ucho od pierwszego przesłuchania, a z czasem jeszcze bardziej wkręca się w czaszkę, do tego stopnia, że potrafiłem chodzić po mieszkaniu przez ponad tydzień nucąc refren, czym irytowałem niemiłosiernie moich współlokatorów.

posłuchaj <---



W tym roku można zauważyć, że cenię sobie minimalizm i prostotę. Nie inaczej jest w tym przypadku. Doused bazując na prostej i wyrazistej linii basu, od razu narzuca szybkie tempo i nie zwalnia do samego końca, nie tracąc przy tym na melodyjności. Kawałek jest typowym przedstawicielem shoegaze’u i to w klasycznym wydaniu, próżno szukać tu przesadzonych eksperymentów elektronicznych, jedynie gitary, bębny, mamroczący wokal i wzrok wgapiony w buty. Mimo pewnej monotonii, nie ma tutaj miejsca na nudę, warto nawet zamknąć oczy, a bombardowani pędzącym dźwiękiem doświadczymy pokazu następujących po sobie z ogromnym tempem obrazów, niczym widok z okna pędzącego pociągu. Bardzo intrygujący, mroczny utwór, ze świetnym flow.

posłuchaj <---



Rozbudowana do granic kompozycja, dla mnie wręcz genialne dance-popowe dzieło, podlane lekkim wariactwem i nonsensem. Hot Chip potrafią tworzyć utwory chwytliwe, pozytywne i zakręcone, ale dopiero utworami takimi jak ten, trochę mroczniejszymi, pełnymi elektro-popowych smaczków, pokazują swoją prawdziwą moc i udowadniają, że potrafią tworzyć ambitną muzykę popularną na wysokim poziomie.

posłuchaj <---




Zdecydowany mój numer jeden tego roku. Lady jest dla mnie kawałkiem tak wciągającym, że potrafię go zapętlić na ładnych kilkanaście minut, co z innymi utworami często mi się nie zdarza. Pamiętam szczególnie jedną sytuację związaną z tym utworem. W kwietniu po koncercie Brothertigera w Krakowie, udaliśmy się ze znajomymi do mieszkania koleżanki by kontynuować oblewanie koncertu (a muszę podkreślić, iż jego oblewanie zaczęło się sporo przed koncertem, a po jego zakończeniu udało nam się nawet namówić gwiazdę wieczoru by wypił z nami przy barze kilka kielichów). Było już chyba nad ranem, ja leżąc spokojnie na podłodze, ostatkiem sił odwracając się w stronę kumpla gdy z jego ust padło pytanie co teraz puścić, powiedziałem bez namysłu „Piotrek! Lady!” i mogłem spokojnie kontemplować przez kolejne 5 minut.
Utwór mimo wszystko jest bardzo prosty, zaczyna się gęstym szybkim bitem, po chwili dochodzą dźwięki rodem z Italo Disco, następnie delikatny wokal Ruth, wyśpiewujący prosty tekst, „If I could only call you my lady, Baby I could be your man”. Całość utrzymana w mrocznej atmosferze nocnych ulic z lat 80. Niby niewiele, a jednak to wszystko razem daje piorunujący efekt. Mimo iż przesłuchałem ten utwór dziesiątki, jeśli nie setki razy, ciągle mogę poczuć te pozytywne dreszcze na plecach gdy wybrzmiewają pierwsze dźwięki utworu.

posłuchaj <---

wtorek, 25 grudnia 2012

Wesołych Świąt !





Nadeszły święta, zaczyna się czas podsumowań, pewnych refleksji na temat tego, co nas przez ostatnie 12 miesięcy spotkało. Czy dobrze wykorzystaliśmy czas, czy może większość zmarnowaliśmy. Warto się na chwile zatrzymać i nad tym wszystkim zastanowić. Tutaj oczywiście nie będę się rozwodził nad tego typu pierdołami, bo to ni ciekawe tudzież obchodzące kogokolwiek, skupię się za to (tak jak i rok temu) na podsumowaniu muzycznym. Właśnie w męczarniach powstaje ranking moich ulubionych utworów z tego roku i mam nadzieję ze pojawi się on tuż po świętach, a jeszcze przed sylwestrem, albo zaraz po nowym roku zaprezentuję listę najlepszych moim zdaniem albumów 2012. W ogóle muszę przyznać, iż rok 2012 pod względem muzycznym był dla mnie wyjątkowo dobry. Przede wszystkim bardzo poszerzyłem swoje muzyczne horyzonty, przesłuchałem naprawdę sporo nowych płyt, poznałem wielu nowych artystów, byłem na kilku(nastu - licząc z festiwalami) koncertach, ogólnie jestem bardzo zadowolony. Mam nadzieję, że dzięki temu wszystkiemu podsumowanie, które jak wspomniałem, właśnie w ogromnych mękach powstaje, nie będzie ani nudne, ani tym bardziej przewidywalne.

Wesołych Świąt !

BTW grafika wyżej jest już dosyć leciwa, troszkę ją odnowiłem i postanowiłem raz jeszcze wykorzystać jako motyw świąteczny. Link do „pełnej wersji” niżej.


christmas theme on dev!

niedziela, 2 września 2012

Tauron Nowa Muzyka 2012 - wrażenia
















To już drugi muzyczny festiwal, który udało mi się odwiedzić tego lata. Znowu niestety tylko jeden dzień bawiłem się w katowickiej dolinie trzech stawów, dziś trochę żałuję że nie zostałem drugiego dnia, ale w momencie zakupu biletu nie byłem przekonany co do sobotniego line-up’u. W każdym razie ten jeden dzień wystarczył, bym myślał o TNM w samych pozytywnych kategoriach. Cztery sceny, a na każdej coś miłego, coś fajnego, wspaniała atmosfera, idealna ilość dobrze bawiących się ludzi, a do tego otwarta strefa gastronomiczna, wszędzie poza główną sceną, można było wejść z piwem czy innymi napojami, niby nic a jednak tak wiele, jedynie można się przyczepić do nagłośnienia sceny głównej, ale o tym później.

Tamtego wieczoru byłem nastawiony na koncerty 3 zespołów, wszystkie z dużej sceny, Gang Gang Dance, Beach House oraz Hot Chip. Pozostałych artystów jedynie czasami kojarzyłem z nazwy, i traktowałem ich jako „czasoumilacze”. Wieczór zacząłem od drugiej połowy występu Sepalcure, było fajnie, rytmicznie, idealna rozgrzewka przed głównymi atrakcjami. Zaraz po tym występie udałem się pod dużą scenę gdzie już spora grupa oczekiwała na koncert Gang Gang Dance. To właśnie ich występu byłem najbardziej ciekaw. Wyszli na scenę po kilku minutach spóźnienia, Liz przywitał się z nami dźwięcznym „cieszcz” i zaczęli. GGD znane z albumów to jedno, ale zobaczyć i usłyszeć ich na żywo, jest nieporównywalne z żadnymi innymi koncertowymi doświadczeniami z mojego życia. Na scenie było ich bodajże siedmioro, otaczała ich masa bębnów, dzwonków, syntezatorów i innych zabawek, z których zespół robił świetny użytek. Do każdego utworu dodawali multum nowych dźwięków zamieniając to co znamy z płyt, w jeszcze bardziej rozdmuchane kompozycje, bawiąc się przy tym znakomicie. Trochę szkoda że zabrakło w setliście miejsca dla Princes, House Jam czy First Communication, mi jednak cudowne wykonanie Glass Jar, czy Thru and Thru zrekompensowały brak wspomnianych hitów z poprzedniej płyty. Odrobinę więcej spodziewałem się też po Mindkilla, który wypadł troszkę nijako, spodobał mi się za to nowy utwór kończący występ. Mam trudności z odtworzeniem go teraz w głowie, był dość rozbudowany jak wszystkie ich kompozycje, ale mogę powiedzieć, że nowy album zapowiada się bardzo ciekawie. Dla mnie koncert tego zespołu był definicją nowej muzyki, zdecydowanie najlepszy piątkowy występ!

Po godzinie, którą spędziłem krążąc między mniejszymi scenami w poszukiwaniu ciekawych brzmień (m.in. całkiem fajny występ The Field), wróciłem pod główną scenę gdzie już rozkładali się muzycy Beach House. Pierwotnie to właśnie dzięki nim zdecydowałem się na wycieczkę do Katowic, dream pop tworzony przez ten duet (na koncercie wspomagany perkusistą) od kilku miesięcy bardzo do mnie trafiał. Teraz doświadczając już ich występu na żywo, dochodzę do wniosku, że muzyka Beach House lepiej odnalazłaby się w mniejszym klubie, niż na tego typu festiwalu. Zgromadzonych pod sceną było zdecydowanie mniej niż na GGD, połowa z nich pewnie była tam przypadkiem, deszcz utrudniał i odbiór muzyki i sam występ gdyż zacinał wprost na Victorię i Alexa (przez co skonczyli 10 minut wcześniej). Zagrali co prawda bardzo poprawnie wszystkie swoje najfajniejsze kawałki, ale z drugiej strony tylko poprawnie. W porównaniu do zabawy jaką urządzili na swoim koncercie muzycy Gang Gang Dance, Beach House wypadł marnie, poza tym kontakt z publicznością leżał, a duet wyglądał i zachowywał się bardzo smętnie. Nie można jednak mieć do nich jakichś wielkich pretensji, deszcz bardzo utrudniał życie wszystkim podczas tego występu, a jednak dla mnie, wysłuchanie na żywo Zebry, Lazuli czy Norway było mimo wszystko czymś wyjątkowym, dlatego bardzo zachęcam do odwiedzenia w listopadzie Warszawy na, tym razem klubowym, koncercie duetu z Baltimore.

Ostatnią już gwiazdą dużej sceny był zespół Hot Chip. Kolejny band rewelacyjnie wypadający na żywo, było głośno, rytmicznie, melodyjnie, chyba wszyscy się dobrze bawili. To był typowo rozrywkowy koncert, który mógłbym porównać do występu Metronomy na OFFie, tyle że dużo lepszy. W repertuarze Hot Chip brakowało mi jedynie mojego ulubieńca Look At Where We Are, zabrakło też bardzo fajnego Motion Sickness, a mimo to bawiłem się przednio. Fajnym momentem koncertu było wyjście na scenę zespołu Gang Gang Dance, nastąpiło to wraz z wybrzmieniem kawałka Over And Over (podobno Beach House też tam byli, ja jednak ich nie dostrzegłem), dzikiej muzyce towarzyszyła dzika zabawa, świetnie to wyszło. W ogóle Alexis od początku koncertu paradował w koszulce GGD, nie wiem czy jest fanem, czy to dobrzy znajomi, czy może wynikło to z faktu ich przebywania na jednym festiwalu w tym samym czasie. Bawiłem się znakomicie, bardzo żałowałem, że na ostatni koncert na dużej scenie organizatorzy nie przeznaczyli większej ilości jednostek czasu.

Swoje piątkowe wojaże festiwalowe zakończyłem w namiocie, starając się dopasować swoje ruchy do muzyki serwowanej prze Scube. Krótko, było sympatycznie, można było się pobawić, nie znałem dokonań artysty, więc nie wiedziałem czego się spodziewać, nie wiem czy zagrał na miarę swoich możliwości, lepiej/gorzej. Pora o której występował (czyli 2:30 do 4:15), sprawiała że było mi wszystko jedno.

Wróciłem bardzo zadowolony, chyba nawet bardziej niż parę tygodni wcześniej z OFFa. Oba festiwale odbyły się w tym samym miejscu, a jednak organizatorzy Tauron Nowa Muzyka jakoś lepiej zagospodarowali teren, a największym plusem była otwarta strefa gastronomiczna. TNM nie zagości jednak w dolinie trzech stawów na długo, bo już w przyszłym roku wraca na swoje pierwotne miejsce czyli na tereny nieczynnej już Kopalni Węgla Kamiennego Katowice. Podobno industrialny klimat tam panujący dużo lepiej sprawdza się dla tego typu muzyki niż sielankowe trzy stawy, ale nikt z przybyłych w tym roku na festiwal, raczej nie narzekał. Cóż, pozostaje już tylko czekać do przyszłego roku, i następnej edycji TNM, trzeba mieć nadzieję, że do tego czasu poprawią się w nagłaśnianiu dużej sceny, bo w piątkowy wieczór, każdy zespół miał przez to problemy.

sobota, 25 sierpnia 2012

OFF festival 2012 - wrażenia
















Dziś mijają właśnie trzy tygodnie od zakończenia Off Festivalu. Byłem tam, co prawda tylko pierwszego dnia, ale co widziałem i przede wszystkim co słyszałem postaram się zrelacjonować najlepiej jak potrafię poniżej.

Do Katowic wybrałem się głównie ze względu na koncert Chromatics, cała reszta była dla mnie jedynie dodatkiem do wymarzonego prezentu, choć nie ukrywam że bardzo fajnym dodatkiem. Niestety całą atmosferę festiwalu skutecznie psuła pogoda, było dosyć chłodno, a do tego jakoś co godzinę deszcz nie potrafił się zdecydować czy sobie popadać, czy może tym razem dać nam chwilę odsapnąć, a może tak lunąć z całą siłą. Taka karuzela trwała bodajże do godziny 23, mniej więcej od tego czasu pogoda nie sprawiała już problemów ani uczestnikom ani organizatorom.

Przejdźmy jednak do tego co tamtego wieczoru było najważniejsze. Swoją koncertową wycieczkę zaplanowałem od występu Kurta Vile, nie znając specjalnie wcześniej jego utworów, usiadłem na trawie i starałem się wsłuchać w muzykę młodego Amerykanina. Niestety jego folkowe melodyjki tylko niekiedy wpadały mi do ucha, nie porwał mnie swoją grą i przez to bardziej niż jego występem byłem pochłonięty rozmową, czy to spoglądaniem w prawo gdzie akurat wywiadu udzielał Artur Rojek. Mimo wszystko jak na początek było całkiem sympatycznie, potrzebowałem takiego delikatnego wdrożenia, a Kurt idealnie się do tego nadał.

Następnie zrobiłem sobie godzinną przerwę na piwo, zapoznając się przy okazji z materiałami, które otrzymałem przed wejściem. Były to jakieś dwie gazety i Offowa książeczka ze spisem artystów, oraz rozpiską koncertów. Po tej pełnej wrażeń przerwie udałem się do namiotu Trójki gdzie już rozkładali się moi bohaterowie tamtego wieczoru. Chromatics na żywo brzmią jeszcze lepiej niż na płycie. Zaczęli od dźwięków Tick of the Clock (oczywiście w wersji skróconej), a następnie rzucili nas od razu na głęboką wodę przebojowymi Night Drive, Lady, Kill For Love czy In The City. Różowe, fioletowe światła idealnie dopełniały już i tak niezwykłą atmosferę tego widowiska. Piosenki mknęły z zawrotną prędkością, jakby zespołowi się gdzieś spieszyło, co było niewątpliwym minusem, wiem że mieli tylko godzinę na zaprezentowanie materiału, ale Ci mimo to skończyli bodajże 10 minut za wcześnie… Do tego wybrałem sobie takie miejsce do wsłuchania koncertu, które jak mi się wydawało zagwarantuje mi idealny balans pomiędzy odbiorem muzyki a koncertową zabawą. Myliłem się, mój plan skutecznie zniszczył jakiś bardzo rozentuzjamowany knypek z plecaczkiem, który to stał przede mną, i mimo że z każdą minutą starałem się zrobić mu więcej miejsca, ten i tak ostatecznie dziobał mnie tym swoim szkolnym tornistrem. No cóż, taki urok koncertów. W ogóle zdziwiłem się że tak sporo osób zgromadziło się na tym koncercie, choć w sumie alternatywą dla Chromatics była Nosowska, na głównej scenie, w momencie największego deszczu, więc chyba znalazłem odpowiedź na swoje pytanie. Koncert zakończył się dwoma pięknymi coverami, najpierw Running Up That Hill, który na płycie nie robił na mnie większego wrażenia, na koncercie stał się killerem, oraz Into The Black, wolniejsza wersja i bardzo ciekawa interpretacja przeboju Neila Younga. Do minusów mógłbym jeszcze zaliczyć dosyć kiepski kontakt z publicznością, w sumie wyglądało to tek: wyszli na scenę, zagrali co mieli zagrać i zeszli. Mimo to z koncertu wyszedłem więcej niż zadowolony.

Po wyjściu z namiotu zrobiłem największą głupotę tamtego wieczoru, zamiast wybrać się od razu na Death In Vegas, którego koncert był zaraz obok, poszedłem na scenę eksperymentalną sprawdzić jak radzi sobie duet anbb  (czyli Alva Noto oraz – popiszę się teraz ignorancją – koleś wyglądem przypominający mi Severusa Snapea), mimo iż z wcześniej przesłuchanych nagrań trafiał do mnie tylko jeden kawałek. Na koncercie wytrzymałem ok. 10 minut, jeszcze widocznie nie dorosłem do tego typu dźwięków, a następnie udałem się po coś do jedzenia. W ten sposób zmarnowałem ponad połowę koncertu Deatch In Vegas, które to niezwykle mi się spodobało gdy już dotarłem pod scenę. Jak to mówią, głupich nie żal…

Kolejnym przystankiem na mapie koncertowej pierwszego dnia OFFa był inny wyczekiwany przeze mnie artysta, a raczej duet artystów, mianowicie kolaboracja King Creosote & Jon Hopkins. Niestety zawiodłem się dosyć poważnie, moje oczekiwania co do tego koncertu były zgoła odmienne od tego co zastałem. Wynudziłem się strasznie, a moje zmęczenie w połączeniu z ich usypiającymi kawałkami sprawił że usiadłem na ziemi skuliłem głowę między kolana i niewiele zabrakło a byłbym faktycznie zasnął. Nie mogę powiedzieć, że panowie zagrali źle, wręcz przeciwnie, snuli swoje melodie bardzo ładnie, zagrali chyba wszystkie utwory na które czekałem, a także dużo takich których nie znałem, i nie wiem skąd one były, bo duet nagrał jedną „długogrającą” płytę i jedną EPkę. Oba wydawnictwa znam, a mimo to na koncercie nie rozpoznałem blisko połowy utworów. Jednak tego typu muzyka lepiej sprawdza się odtwarzana w domowym zaciszu czy też na osobnym koncercie, na festiwalu mnie osobiście nie zachwycili. Tym samym przegapiłem też inny podobno świetny koncert, odbywający się w tym samym czasie. Charles Bradley grał tego wieczoru przedostatni koncert na dużej scenie, ale jak już wspomniałem nie dane mi było zobaczyć jego występu, a jedynie z relacji dowiedziałem się że był to występ wyjątkowy.

Metronomy to ostatni zespół na jaki czekałem tamtego wieczoru. Nigdy nie byłem ich fanem, a mimo szumu jaki robili w pewnych kręgach, nie dane mi było przesłuchać wcześniej więcej niż jednego utworu. Dopiero kilka tygodni temu zapoznałem się z ich ostatnim wydawnictwem. Płyta mnie nie zaskoczyła, jest fajna, ale nie robi większej furory, jednak na koncercie materiał ten wypada znakomicie. Ponadto zespół miał świetny kontakt z publicznością, frontman poinformował nas nawet o zdobyciu przez polskiego sztangistę złota olimpijskiego. Ogólnie byłem pod wrażeniem „lekkości”, z jaką lider zespołu komunikował się z tłumem, był to bardzo pozytywny aspekt koncertu. W trakcie występu między zgromadzonymi słuchaczami przechadzał się facet z Amnesty International, wyświetlając na plecach niczego nie świadomym osobą hasła typu „i ty możesz paść ofiarą…” czegoś tam, już dziś nie pamiętam, ale fajnie to wyglądało, mam nadzieję, że nie byłem jednym z tych nieświadomych z napisem na plecach. Ogólnie koncert wypadł niezwykle pozytywnie, przy każdej piosence bawiłem się wyśmienicie, na pewno był to jeden z najjaśniejszych punktów tamtego wieczoru.

Ostatni na scenie leśniej, Atari Teenage Riot z początku wydał mi się bardzo ciekawym zakończeniem dużych występów tego dnia. Intrygujące, mocne dźwięki dobiegające z głośników, sprawiły ze poczułem się jakby w transie, jednak w momencie wejścia kompletnie oderwanych i nie pasujących do reszty wokali (które przybierały formę darcia mordy), i ciągłych irytujących wrzasków w stronę publiki „make a fuckin’ nosie”, zmieniłem zdanie. Zespół się starał, tego nie można im odmówić, muzyka była naprawdę całkiem niezłą napierdalanką, to jednak partie wokalne były dla mnie nie do przyswojenia. Bardzo podobało mi się porównanie, którym ktoś rzucił bodajże na Last FM, twierdząc iż ATR to taki Scooter dla hipsterów, i wiele się chyba nie pomylił.

Pozytywnym zakończeniem wieczoru był dla mnie występ Andy Stotta. Gdybym tylko zachował trochę więcej sił to i na parkiecie wykazałbym się odrobinę większą ruchliwością. W zamian zamknąłem oczy stanąłem gdzieś w środku sali i w spokoju przyjmowałem napływające zewsząd dźwięki. Zmęczenie co chwilę nakazywało mi udać się na spoczynek, a ja mimo to za każdym razem odpowiadałem „jeszcze chwilkę” co musi świadczyć o sile muzyki Andyego Stotta.

Krótko podsumowując, moja pierwsza wizyta na Offie wypadła całkiem przyzwoicie, mam kilka zarzutów do spraw organizacyjnych, jednak nie wpłynęły one jakoś znacząco na odbiór całości. Wszak najważniejsza tamtego wieczoru była muzyka, a ta broniła się sama. Zobaczyłem Chromatics na żywo, więcej nie było mi potrzebne, a pozostali artyści tylko spotęgowali poziom ogólnego pozytywu w moim organizmie. Nie mam niestety porównania z wcześniejszymi edycjami, jednak mam nadzieję, że ta przyszłoroczna i towarzyszący jej zestaw artystów sprawi, że znów dopadnie mnie ochota by odwiedzić początkiem sierpnia katowicką dolinę trzech stawów.

PS. Wczoraj byłem na kolejnym festiwalu, mianowicie Tauron Nowa Muzyka, z którego również postaram się zdać relację (również tylko pierwszy dzień), i mam nadzieję że będzie nieco szybciej niż ta z Offa (może nawet jutro).

PPS. Dziś wystartowała włoska Serie A. Obejrzałem już większość spotkania Fiorentina v Udinese, teraz czekam na mistrzów Włoch podejmujących Parmę. Podsumowanie okresu przygotowawczego pojawi się u mnie pewnie po zamknięciu okienka transferowego tj. po 31 sierpnia.

niedziela, 20 maja 2012

Kari Amirian "The Winter is Back" - SOTW


Kończy się kolejny tydzień, trochę chłodniejszy od ostatnich, między innymi dlatego, moją piosenką tygodnia zostało The Winter is Back autorstwa Kari Amirian. O Kari chciałem napisać już dawno, jest ona świetnie zapowiadającą się polską artystką. Wydała w grudniu ubiegłego roku płytę Daddy says I’m Special, która została bardzo pozytywnie przyjęta przez krytyków. Niektórzy pokusili się nawet o porównanie Kari do kilku skandynawskich artystek m.in. do Bjork czy Lykke Li, mi osobiście Polka najbardziej przypomina Emilianę Torrini (pod względem artystycznym oczywiście, bo urodą Kari dalece przewyższa Emilianę, choć to bardzo subiektywne odczucie).
Wczoraj udało mi się zobaczyć występ Kari na żywo. Koncert odbył się w katowickim klubie Straszny Dwór, Kari przyjechała z całym zespołem, były gitary, bębny, perkusja, wiolonczela a nawet kontrabas, a to wszystko połączone z pięknym głosem Kari dało rewelacyjny efekt. Zagrali chyba wszystkie utwory z albumu i dwa nowe, które prawdopodobnie znajdą się na EPce, jaką Amirian zamierza wydać na jesień. Koncert kończył właśnie utwór The Winter is Back, mój ulubieniec z albumu. Delikatny subtelny kawałek, świetnie wyprodukowany, wprowadza w magiczny nastrój.
Po koncercie udało mi się zamienić kilka słów z Kari gdy podpisywała mój bilet. Wydała się bardzo sympatyczną, uroczą i otwartą osobą, obiecała też, że przy okazji następnej trasy (czyli jakoś na jesień) nie zapomni o Katowicach. Chociaż z drugiej strony mogła się czuć odrobinę zażenowana, gdyż na koncert przyszło może z 60 osób, a bilety były bardzo tanie (jedyne 15 zł). Moim zdaniem powinno się popracować nad jej marketingiem, lepiej ją rozreklamować, bo dziewczyna naprawdę jest wyjątkowa. Wróżę jej bogatą, międzynarodową karierę, ale aby mogła to osiągnąć potrzebny jej jest spec od promocji, może zapowiedziany występ na Openerze coś ruszy i Kari będzie bardziej rozpoznawalna, czego jej bardzo życzę.

A teraz zapraszam do wysłuchania cudownego The Winter is Back:


sobota, 12 maja 2012

Hospitality "Argonauts" - SOTW

Kolejny tydzień i kolejny utwór, który chciałbym polecić. Tym razem jest to piosenka zespołu Hospitality pt. Argonauts. Pochodzi ona z ich debiutanckiego albumu wydanego na początku tego roku, w ogóle cały album jest wart przesłuchania, jednak Argonauts wybija się na tle pozostałych kompozycji. Jest to ponad pięciominutowy, rozbudowany utwór, zaczyna się spokojnie od radośnie brzmiącego wokalu by po przekroczeniu połowy piosenki uderzyć mocą emocji. Ponadto słuchając tego kawałka nie odczuwa się jego długości, 5 minut mija niezwykle szybko i od razu chce się go włączyć jeszcze raz, przynajmniej ze mną tak było, gdy pierwszy raz usłyszałem Argonauts nie mogłem się od niego uwolnić i kilka razy klikałem "odtwórz ponownie".


Btw, zrobiło się ostatnio monotematycznie, ale w najbliższym czasie to się zmieni. Nie miałem niestety czasu napisać o ogromnym sukcesie Juventusu z zeszłej niedzieli, ale jutro zapewne zdam relacje z ostatniego spotkania i dekoracji nowych Mistrzów Włoch.

niedziela, 6 maja 2012

Screaming Females "Expire" - SOTW

W tym tygodniu utworem który w dużej mierze zawładnął moimi uszami był kawałek grupy Screaming Females - Expire z najnowszego albumu grupy, zatytułowanego Ugly. Jest to porządna dawka prostego, chwytliwego punk rocka, z bardzo fajnym riffem. Mocną stroną zespołu jest jego wokalistka, a w zasadzie jej charyzmatyczny, bardzo interesujący głos, który z każdym przesłuchaniem piosenki coraz bardziej wbija się w mózg. Fajny kawałek na rano żeby się pobudzić, na prawdę stawia na nogi!


wtorek, 1 maja 2012

Brothertiger - Kraków 26.04.2012

Całkiem niedawno wspominałem o muzyku noszącym pseudonim Brothertiger (John Jagos) i o jego planowanym krakowskim koncercie. Ostatecznie udało mi się na owym koncercie pojawić i od razu chciałbym zaznaczyć że był to bardzo przyjemny w odbiorze występ. Brothertiger to młody undergroundowy artysta z Ohio, tworzy muzykę elektroniczną bazującą na chillwave'ie i lo-fi. Był to jego pierwszy występ w Polsce. Odbył się on w niewielkim klubie Rozrywki Trzy, znajdującym się niedaleko rynku. Tego samego wieczoru grał też Teen Daze, który to tak na prawdę był "gwiazdą" wieczoru, mnie jednak jakoś specjalnie nie porwał i podczas jego koncertu piłem sobie piwo przy barze, ale może po kolei.

Na koncert się spóźniłem, i kiedy wchodziłem na salę, Brothertiger grał już bodajże 4ty kawałek. Przyznam się, nie jestem super zaznajomiony z jego twórczością, ot kiedyś znajomy polecił mi EPkę Point Of View, przesłuchałem kilka razy, spodobało mi się i kiedy ten sam kumpel powiedział mi o koncercie nie wahałem się długo nad odpowiedzą - jadę! Także utwory raczej kojarzyłem, ale z nazwy znałem jedynie 2 kawałki więc setlisty tutaj nie przytoczę.
Tłumów nie było, klubik jest w sumie na około 300 osób, ale wydaje mi się że było max 150, w sumie dla mnie to nawet dobrze, lubię kameralne występy i nienawidzę ścisku. Widać było że wszyscy się dobrze bawili, ale raczej większość nie maiła za dużo pojęcia o występujących osobach, bilety były tanie więc przyszli od tak posłuchać chillwave'u. Po paru chwilach John ogłosił koniec jego koncertu, ale dał się namówić na jeszcze 2 kawałki, zapytał nas chcemy usłyszeć, krzyknąłem Real Life (jeden z tej dwójki którą znałem z nazwy : D), popatrzył w moją stronę, pokazał palcem, powiedział "słyszałem to, zagram Real Life"! To było coś na prawdę fajnego. Po koncercie kiedy schodził ze sceny udało mi się do niego podejść i porozmawiać. Bardzo się ucieszył kiedy mu powiedziałem że przyszliśmy specjalnie dla niego, mimo że gwiazdą wieczoru był Teen Daze. Po krótkiej rozmowie, pełnej naszych narzekań że grał za krótko, zaproponował nam płyty, które później ochoczo podpisał, a sam dał się namówić na shota przy barze.

Brothertiger okazał się być bardzo miłym i sympatycznym gościem, który ani przez chwilę nie zachowywał się jak gwiazda, był sobą i to mi się w nim bardzo spodobało. Obiecał wrócić do Polski, podkreślał że następnym razem będą to najprawdopodobniej 2 koncerty, jeden w Warszawie, a drugi może znowu w Krakowie, choć starałem się go namówić na Katowice, w każdym razie niezależnie gdzie, na pewno i na następnym koncercie mnie nie zabraknie!

niedziela, 29 kwietnia 2012

Beach House "Lazuli" - SOTW

Niedawne moje odkrycie, utwór Lazuli zespołu Beach House, zawładnęło mną kompletnie w ubiegłym tygodniu. Urzeka mnie zawsze początek piosenki, kiedy to wchodzi uroczy dźwięk, jakby z gier ośmiobitowych, ktoś na laście nawet stwierdził że dźwięk ten kojarzy mu się ze starymi częściami Final Fantasy. Coś w tym jest, w ogóle cały utwór wydaje się być magiczny, śliczny i delikatny głos Victorii połączony z urokliwą ścieżką dźwiękową daje niesamowity, jak już wspomniałem, wręcz magiczny efekt. Gorąco polecam i czekam na nowy album Beach House, który powinien ukazać się jakoś w środku maja.



sobota, 21 kwietnia 2012

Brothertiger - SOTW

Jako iż w przyszłym tygodniu wybieram się na koncert Brothertiger do Krakowa, piosenką tego tygodnia jest jeden z moich ulubionych utworów tego artysty - Real Life. Nie jest to kawałek nowy, a takie obiecywałem wybierać, jednak ze względu na koncert zrobię wyjątek.


Brothertiger to muzyk pochodzący z USA, który od 2009 (pod obecnym pseudonimem, wcześniej jako Monoteque) nagrywa utwory, które można przypisać do nurtu chillwave/lo-fi. Powiem szczerze, że nie byłem wielkim fanem tego gatunku, a do tego zraził mnie jeden z najważniejszych ostatnio przedstawicieli chillwave'u czyli Toro y Moi. Jak widać moje początki z tym gatunkiem nie rokowały najlepiej, jednak po kilkukrotnym przesłuchaniu EPki Brothertigera - Point of View, spojrzałem przychylnym okiem na chillwave oraz lo-fi.

Dla zainteresowanych, koncert odbędzie się 26 kwietnia w krakowskim klubie Rozrywki Trzy (niedaleko rynku).

wtorek, 10 kwietnia 2012

Changes are coming!


There won't be weekly english note anymore, english will appear here from time to time depends of my mood. And this is first change, the other one is involved with music. I’m gonna try to put on my blog one new song every week, it might be funny, and it will help me a lot in the end of the year when I want to chose song of the year ; )

So, according to my new idea, song of this week is Chromatics – Lady. Great song from great album called Kill For Love, and I think, this album might find its place on my future list of best 2012 albums. Highly recommended to listen!


wtorek, 20 marca 2012

Parov Stelar


Kilka dni temu zapoznałem się bliżej z twórczością artysty kryjącego się pod pseudonimem Parov Stelar. Głównym tego powodem był post na facebooku oznajmiający, iż zespół ten wystąpi w krakowskim Studiu 22 maja. Parov Stelar to projekt austryjackiego DJa/producenta muzyki Marcus’a Füreder’a. Łączy on na swoich albumach elektronikę z muzyką z lat 20, 30 ubiegłego stulecia i muszę przyznać, że bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Trąbki, saksofony czy inne flety i fujarki (czy jak to tam się profesjonalnie nazywa) nadają sympatycznego smaczku jego utworom, a nierzadko towarzyszą im jeszcze charakterystyczne, stylizowane na wspomniany okres wokale.

W czasie koncertów Marcus’owi towarzyszy cały zespół grajków (jazzowo-big beat’owych?)  co daje rewelacyjny rezultat. Nie spotkałem się jeszcze z podobnym zespołem i jestem prawie pewny, że wieczorem 22 maja będę stał w kolejce do Studia. I to nawet nie dlatego że Parov Stelar gra coś nadzwyczajnego, bardziej ciągnie mnie tam chęć przekonania się na własnej skórze jak to połączenie wygląda na żywo, bo wiadomo przekaz z YouTube nie można porównywać do fizycznego uczestnictwa w koncercie.

Za niecały miesiąc, bo już 19 kwietnia, ukazać się ma nowa płyta Parov Seler, zatytułowana The Princess. Jestem bardzo ciekawy jak zaprezentuje się na tym wydawnictwie austryjak i jego zespół, tym bardziej że zapewne majowy koncert będzie zdominowany kawałkami z tego albumu.


czwartek, 8 marca 2012

Off Festival


Planuję w tym roku wybrać się na Off Festival. Całą ideą tego wydarzenia jest zgromadzenie, ciekawych, często mniej znanych szerszej publiczności wykonawców. Z dotychczas ogłoszonych artystów znałem jedynie Iggy’iego Pop’a i to jedynie z kilku utworów, jakoś specjalnie nigdy mnie nie kręciła jego muzyka to też nie miałem parcia na zapoznanie się z jego dyskografią (obiecuję to nadrobić przed festiwalem). Bardziej skupiam się na odkrywaniu artystów, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Dzięki temu poznałem niedawno kilka bardzo dobrych płyt.

Po pierwsze King Creosote & Jon Hopkins i ich album Diamond Mine. Płyta jest wynikiem kolaboracji szkockiego folkowego barda nazywającego siebie King Creosote i angielskiego producenta, specjalizującego się w muzyce elektronicznej Jon’a Hopkins’a współpracującego wcześniej z takimi artystami jak Imogen Heap, Brianem Eno czy Coldplay. Wyszła z tego bardzo interesująca mieszanka, płyta jest bardzo nastrojowa i subtelna, składa się na nią jedynie 7 kawałków, jednak wszystkie trzymają równy poziom. Słucha się tego bardzo przyjemnie i jestem bardzo ciekawy ich występu na żywo.


Kolejnym dobrym zespołem, który poznałem dzięki temu, że zagra na Offie jest Other Lives. Ich muzyka miejscami kojarzy mi się z takim westernowym klimatem, choć jak zaznaczyłem jedynie miejscami. Ogólnie są przypisywani do folku i indie rocka, lecz myślę iż nie ma sensu ich szufladkować. Ich potencjał dostrzegł sam Thom Yorke z Radiohead i postanowił zabrać ich ze sobą w trasę jako support a to już coś znaczy. Ich ostatnia płyta Tamer Animals z ubiegłego roku mi również bardzo przypadła do gustu, szczególnie za sprawą singla For 12, myślę że warto się z nim zapoznać, a zaraz później z resztą dokonać zespołu.



Z całą (dość już pokaźną) listą artystów, którzy mają zagościć w tym roku w Katowicach na festiwalu, można zapoznać się tutaj, myślę że line up jest na tyle zróżnicowany, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Jak już poruszam temat festiwali, to muszę jeszcze dodać, że line up Open’era mnie w tym roku powala. Przede wszystkim obecność Bon Iver’a oraz M83 sprawia że mam ciarki na samą myśl o tym wydarzeniu, a przecież będą tam jeszcze Franz Ferdynand, Bjork, The Kills, Block Party czy Bat For Lashes (a idę o zakład że i Jack White niedługo ogłosi swój udział tam), których również z przyjemnością bym zobaczył i przede wszystkim usłyszał na żywo. Jednak jak znam życie i w tym roku coś nie pozwoli mi się udać do Gdyni i kolejny fajny Open’er (poprzedni tak dobrze obsadzony był imo w 2009) mnie ominie…